„Natura miłości” ma w sobie wszystko, za co kochamy hiszpańskie kino: temperament, skomplikowane relacje i emocje, które nie uznają półśrodków. Tu każde spojrzenie może okazać się wyzwaniem, każda rozmowa – corridą, a fasada gniewu i dumy kryje zranione uczucia. Nic więc dziwnego, że film Rodriga Sorogoyena (twórcy znakomitych „Bestii”) stał się kasowym przebojem hiszpańskich kin. To także zasługa magnetycznego Javiera Bardema, który ze zręcznością linoskoczka balansuje pomiędzy butą i kruchością. Aktorowi, który w „Naturze miłości” zagrał najlepszą z dotychczasowych ról, śmiało partneruje Victoria Luengo, wschodząca gwiazda hiszpańskiego kina.
Luengo gra dziewczynę, która po latach rozłąki spotyka się z ojcem, uznanym reżyserem (Bardem). On proponuje jej rolę w najnowszym filmie, licząc na odbudowanie zerwanej więzi. Dla niej będzie to jednak nieunikniony powrót do bolesnych wydarzeń z przeszłości. Czy sztuka uleczy rany? A może jest ich źródłem? „Natura miłości” mistrzowsko kreśli psychologiczne portrety bohaterów i pełną napięcia dynamikę ich relacji. Jest opowieścią o granicach i odwadze, by ich bronić. O uśpionym gniewie, który domaga się ujścia. Ale choć u Sorogoyena przeszłość nie uznaje zamkniętych rozdziałów, to pozwala starym ranom stać się nowym początkiem.
Pytania, jakie stawia reżyser: o rodzinne więzi, pamięć i bliskość, przywołują skojarzenia z oscarową „Wartością sentymentalną”. Ale w „Naturze miłości” skandynawską precyzję rozsadza hiszpański temperament. Jest więc intensywnie, niepokornie i bardzo, bardzo gorąco.